Przejdź do głównej zawartości Przejdź do wyszukiwania Przejdź do głównej nawigacji
Skontaktuj się z nami za pośrednictwem naszej infolinii zamówień: +49 (0) 7626 974 9700 / Napisz do nas: +49 (0) 160 652 2038 (pon.-pt. 8:00-20:00, sob. 8:00-12:00)

Ulrich Welte w wywiadzie z Alanem Schmuklerem

Aktualności

 

Ulrich Welte

Alan Schmukler

Angielskie wydanie oryginału w Hpathy Ezine - czerwiec 2007



 

Dr Ulrich Welte pracuje jako homeopata od 30 lat i od 1983 roku prowadzi praktykę lekarską w Kandern wspólnie z Herbertem Sigwartem, a od 1999 z Markusem Kuntoschem. Do swojej praktyki włączył odkrycia Hugbalda Volkera Müllera, Rajana Sankarana i Jana Scholtena. Opublikował dwie książki: „Farben in der Homöopathie” oraz „Handschrift und Homöopathie”.

Schmukler: Chciałbym dowiedzieć się czegoś o wszystkich koncepcjach, które wprowadza Pan do swojej praktyki, włącznie z preferencją kolorów i charakterem pisma. Czy mógłby Pan najpierw opowiedzieć, jakie wydarzenia i okoliczności sprowadziły Pana do homeopatii?

Welte: Na studiach medycznych pierwsze podejście do żywego człowieka było związane ze śmiercią. W zajęciach z anatomii musieliśmy przeprowadzać sekcje zwłok. Było to trochę upiorne, połączone z pewnym czarnym humorem, ale jakoś wydawało się niewłaściwe. Od samego początku coś było nie tak. To było tak, jakby od razu obrać złą drogę. Zacząłem więc szukać alternatyw. Myślałem o wyborze tematu rozprawy w tym kierunku i zapytałem profesora historii medycyny, czy poprowadziłby pracę o medycynie alternatywnej. Był tym bardzo zainteresowany i zasugerował, by sprawdzić, czy istnieje coś o homeopatii i psychiatrii. Pokazał mi dział homeopatyczny w swojej bibliotece. Sięgnąłem po Hahnemanna „Chronische Krankheiten” i „Organon der Heilkunst”, bo pomyślałem, że najlepiej zacząć od idei założyciela. Wow! To było dokładnie to, czego szukałem! Szczególnie spodobała mi się tożsamość leku i choroby reprezentowana przez symptomy, ponieważ ten sposób leczenia był tak bezpośredni. Studiowałem opisy leków i zdecydowałem się na eksperyment na sobie z Nux vomica. Pojawiła się okrągła wysypka na szyi, w pobliżu miejsca, gdzie kiedyś miałem migdałki. Wyglądało to naprawdę jak działanie! Kilka tygodni później, z ciekawości, wziąłem Calcarea (włożyłem do kieszeni i co kilka godzin brałem parę kropli) i następnego dnia dostałem bólów głowy, czego wcześniej nie znałem. Potem sprawdziłem w Materia Medica Hahnemanna objawy głowy dla Calcarii i natrafiłem dokładnie na te bóle głowy opisane tak, jak je odczuwałem. No proszę...

Schmukler: Jeśli chodzi o te doświadczenia na sobie, to zaczęliście w najlepszej hahnemannowskiej tradycji. Czy to podejście, które Pan preferuje?

Welte: Własne doświadczenie sięga głębiej niż jakakolwiek wiedza z książek.

Schmukler: Czy może Pan opowiedzieć o podstawach stosowania preferencji kolorów w homeopatii? Ile czasu poświęcił Pan temu projektowi i w jakim kierunku szły badania?

Welte: Preferencja kolorów to jedynie kolejny cenny objaw, dokładnie tak jak modalność związana z jedzeniem czy poprawa lub pogorszenie na poziomie ogólnym czy psychicznym. Każdy homeopata może z nią pracować, niezależnie od szkoły czy kierunku. Preferencja kolorów jest wartościową uzupełniającą rubryką w repertoriach. To objaw kliniczny oparty na dobrych przypadkach. Przypadki, które zostały wyleczone albo bardzo mocno poprawione przez ten sam środek, wykazywały preferencję dla tych samych lub podobnych kolorów. To Hugbald Volker Müller odkrył to powiązanie, a po jego śmierci wspólnie rozwijaliśmy ten pomysł w Kandern. Tak powstał repertorium kolorów „Farben in der Homöopathie” w wydawnictwie Narayana. Ta tabela kolorów umożliwia każdemu zainteresowanemu homeopacie precyzyjne określenie preferencji kolorystycznej pacjenta. W części repertoryjnej książki można następnie wyszukać odpowiednie środki. Pracujemy w tej dziedzinie od 17 lat i przeanalizowaliśmy ponad 2500 dobrych przypadków. Współpracujemy też z zainteresowanymi kolegami na arenie międzynarodowej. Już w 1998 r. H.V. Müller nalegał na publikację tego przewodnika kolorów, a ostatecznego ukończenia dokonał także Jan Scholten. Prace trwały ponad 5 lat, zanim dzieło zostało zakończone.

Schmukler: To było duże przedsięwzięcie, którego na początku pewnie Pan nie przewidział. Czy w tych latach udoskonalania metody natrafił Pan na czynniki, które mogłyby wpływać na odpowiedź pacjenta i zafałszować preferencję kolorów? A co z pacjentami, którzy należą do kategorii „niezdecydowani”? Pokazujecie im tabelę kolorów i nie potrafią się zdecydować, który kolor im się podoba? Czy to jest trochę sztuka, by zrobić to prawidłowo?

Welte: Proces wyboru koloru i możliwe trudności są opisane w książce o kolorach. Zazwyczaj jest to dość proste, zwłaszcza u dzieci. Ważne jest, by uzyskać pełną uwagę i koncentrację pacjenta. Jeśli jest rozkojarzony, należy spokojnie, ale stanowczo wyjaśnić, że chodzi o coś ważnego. To jak strojenie radia. Gdy jego uwaga skierowana jest na ogólny widok wszystkich kolorów, który znajduje się na końcu książki, zwykle otrzymuje się przynajmniej preferowaną grupę, jak żółte lub zielone. Potem można otworzyć tę grupę w tabeli kolorów i jak najdokładniej zawęzić wybór, najlepiej do jednego pola kolorystycznego. Proś pacjentów, aby odsunęli celowe skojarzenia kolorystyczne (ubranie, tapety, zasłony w nowym mieszkaniu itp.) i po prostu zanurzyli się w kolorach. Należy wybrać kolor, który dobrze się odczuwa, który jest po prostu przyjemny dla oka, przy którym chce się zostać i który wywołuje poczucie dobrego samopoczucia. Czasami może to być rzeczywiście sztuka, by znaleźć właściwy. Wtedy jest to podobne do poszukiwania witalnego odczucia w sensie techniki anamnezy Sankarana. Być może pacjent kilka razy się rozproszy i trzeba zadbać, by jego uwaga nie opadła, dopóki nie poczujemy, że dokonano właściwego wyboru. Potrzebna jest też empatia; TOŻSAMO musi Pan mieć poczucie, że wybór pacjenta był sensowny. Gdy decyzja zawęzi się do 2–3 różnych kolorów, niech pacjent porówna je bezpośrednio i ewentualnie poprawi kolejność. Czasem pytam również, co pacjent czuje, kiedy uważnie patrzy na wybrane kolory, co w nim wywołuje zanurzenie się w danym kolorze. Zwykle pojawiają się wtedy ogólne tematy związane z danym kolorem, lecz czasami mogą to być dziwne i pozornie bezsensowne rzeczy, które dotyczą głównie tego pacjenta, a mało mają wspólnego z kolorem samym w sobie. Można by to porównać do nonsens-poziomu Sankarana, choć ja nie nazwałbym tego chętnie nonsensem. W wyższym sensie te spostrzeżenia mogą mieć dużo sensu. Mogą bezpośrednio korelować ze specyficznym lekiem i być pouczające dla rozwiązania przypadku. Miejcie cierpliwość, jeśli nie uzyskacie od razu pozytywnych wyników. Scholten kiedyś poradził, by dać tej metodzie pół roku cierpliwości. Ale powtórzę: zwykle jest naprawdę łatwo. Zazwyczaj przyjmuję dwie preferencje kolorystyczne jako rubryki, nawet jeśli wybór głównego koloru był jednoznaczny. A jeśli czuję, że wybór nie był jednoznaczny lub był zbyt powierzchowny, to praktycznie pomijam objaw koloru. Kolor jest tylko objawem, a dobry środek można znaleźć na wiele różnych sposobów! Nie ma sensu narzucać komuś środka, „dopasowując” i dopytując, aż otrzymamy pożądane symptomy. Wtedy prawdziwego stanu pacjenta prawie nie poznamy i nie znajdziemy właściwego środka. Preferencja kolorów jest podstawową emocjonalną wibracją i mówi wiele o „wegetatywnym” stanie pacjenta. Jest wyrazem stanu emocjonalnego pacjenta. Z fizycznego punktu widzenia kolory to częstotliwości światła. Jeśli białe światło (czysta świadomość) rozdzielimy przez pryzmat (umysł), otrzymamy kolory (emocje).

Schmukler: Terapeuci używający kolorów do leczenia, tacy jak Peter Mandel w Niemczech i Julius Vasquez w USA, łączą kolory z określonymi tematami życiowymi. Vasquez na przykład łączy fiolet z tematem zaufania, a żółć z mocą i kontrolą. Czy według Pana doświadczenia tematy związane z kolorem wybranym przez pacjenta odpowiadają jego własnemu tematowi życiowemu, czy raczej tematowi danego środka?

Welte: Max Lüscher wykazał specyficzne powiązania między kolorami a emocjami i sprawdził to na wielu ludziach, nawet niezależnie od tła kulturowego. Często mogliśmy potwierdzić jego wyniki. Tak więc kolor czarny wyraża koncepcje typu „robię tylko to, co mi odpowiada”, „niezależność”, „autonomia”, „twardy”, „ciężki”, „surowy” itd. Żółty natomiast dotyczy odczuć takich jak „wolny”, „lekki i łatwy”, „bez wysiłku”, „odrywać się”, „unosić”, „radość” itd. Środki należące do tego samego koloru często mają także te same cechy, co ów kolor. Miałem kiedyś bardzo wrażliwą i trudną pacjentkę, u której już sam widok czystego niebieskiego (pole kolorów 15C) działał tak samo jak podanie Dysprosium nitricum, co bardzo jej pomogło (miała autoimmunologiczną Prinzmetal-anginę, Hashimoto i vitiligo; jej główne dolegliwości miały charakter dusznicowy). W jej przypadku środek i kolor rzeczywiście się zgadzały.

Schmukler: Niedawno doznałem urazu (kostki), który skomplikował się o oparzenie, które się zgrubiało, zapalało i po prostu nie chciało się goić. Ani Causticum, ani Kali bi, Hepar, Calc sulph, Pyrog czy Silica nie pomogły. Zaczynałem się poważnie martwić o ranę. Potem wziąłem Calendula 200, co dało 80–90% poprawę. Następnego dnia określiłem moją preferencję kolorów z tabeli w Pańskiej książce. Zwykle preferuję odcienie indygo, ale tym razem pociągnęło mnie wyraźnie do koloru łososiowo-różowego. Sprawdziłem przypisane środki i był wymieniony tylko jeden... Calendula! Czy więc preferencja mogła zmienić się z powodu objawu miejscowego? Albo czy przyjęcie Calendula mogło zmienić moją preferencję?

Welte: To, co Pan opisał, jest bardzo interesujące! Możliwe, że przez uraz aktywował się Pana ukryty stan i Calendula trafiła w tę głębszą warstwę — inaczej dlaczego miałaby tak dobrze pomóc? Nie słyszałem tego zbyt często w odniesieniu do innych środków. W przypadku opisanego w książce o kolorach przypadku Calendula pacjentka również zmieniła preferencję po zażyciu środka. Chętnie zebrałbym więcej doświadczeń z kolejnymi przypadkami Calendula; do tej pory mieliśmy tylko 2 konstitucyjne.

Schmukler: Jakie nowe koncepcje włączył Pan do swojej pracy i jak zmieniły one Pańską praktykę?

Welte: Oprócz stosowania preferencji kolorów i charakteru pisma H.V. Müllera, najbardziej pomocne nowe koncepcje dla mnie to systemy Jana Scholtena i Rajana Sankarana, a także koncepcje rodzinne Massimo Mangialavoriego. Od Scholtena nauczyłem się więcej niż od wszystkich innych homeopatów razem wziętych. Najgłębsza zmiana w naszym sposobie wyboru środków wyniknęła ze stosowania stadiów. Używamy ich dla wszystkich królestw natury, nie tylko w odniesieniu do minerałów. Ci czterej mężczyźni byli wszyscy doświadczonymi klasycznymi homeopatami i mistrzami starego podejścia, znającymi jego zalety i wady, zanim opracowali nowe, systematyczne podejście. Tutaj istnieją zgodności z osobistym rozwojem samego Hahnemanna. Początkowo on zbierał solidne dane (objawy) za pomocą prób. Gdy zdał sobie sprawę z ograniczeń spowodowanych zbyt małą liczbą środków, zaczął badać kolejne środki i równolegle klasyfikować masę objawów przez miasmy. Jego teoria chorób przewlekłych jest pierwszą próbą klasyfikacji objawów z prób. Klasyfikacja jest tak samo ważna jak zbieranie danych. Potępianie „teoretyzowania” czy „czystej spekulacji” to nieporozumienie. Teoria i praktyka zawsze idą w parze. Każdy uważny homeopata analizuje swoje przypadki. Nie karmimy po prostu komputera wszystkimi możliwymi objawami, lecz dokonujemy wyboru. Ta „hierarchizacja” objawów to nic innego jak użycie teorii, która z ogromnej ilości objawów wybiera te użyteczne. Tak samo robią punkty Künzlina. Tylko mądre użycie repertorium przyniesie sensowne odpowiedzi i tym samym dobre środki. To jest podejście naukowe. Wybór środków na podstawie powszechnie uznanych systemów, takich jak układ okresowy pierwiastków czy rodziny botaniczne, był w naszej praktyce wielokrotnie nadzwyczaj skuteczny, i zawdzięczamy to tym wielkim nowym pionierom, którzy dali nam sensowny homeopatyczny przekład dla tych systemów. Należy podkreślić, że nowe podejście nie wyklucza starego, lecz raczej buduje na jego niezaprzeczalnym znaczeniu. W pierwszych 15 latach jako homeopata idee Hahnemanna i Kenta, a do pewnego stopnia także Heringa, stały mi się tak bliskie, że dziś jestem pewien, iż przynajmniej dwóch z tych dawnych mistrzów zaadaptowałoby ewolucyjne rozwinięcia w homeopatii, gdyby żyli w naszej epoce.

Schmukler: Określa Pan nowe metody jako „ewolucyjne” zamiast „rewolucyjnych”. Sugeruje to raczej kontinuum niż zerwanie z przeszłością. A jednak niektórzy obawiają się, że nowe metody mogą naruszyć nauki Hahnemanna i ostatecznie je zastąpić. Przyjmuje Pan ich znaczenie, ale rozważa Pan też granice, bez których dana dziedzina nie mogłaby istnieć. Wolałby Pan, aby nazwano te nowe metody innym imieniem. Czy może Pan odnieść się do takich obaw? Czy istnieje metodologiczna lub ideologiczna granica, po przekroczeniu której to, co powstanie, nie powinno już być nazywane homeopatią?

Welte: Czy nowe nazwy naprawdę coś by dały? Czy same nowe nazwy są w stanie rozwiązać problem? A może to jedynie nowe przepychanki słowne? Ten spór wywołał już tyle złej krwi i o ile mogę ocenić, jak dotąd niewiele dobrego z tego wynikło. Wielcy pionierzy naszych czasów byli przecież doskonałymi praktykami starej metody i nadal jej używają. To nazywam ewolucją. Kto chciałby zrezygnować z repertoriów? Wszyscy bardzo cenimy to wspaniałe narzędzie. A kto poradziłby sobie bez starych Materia Medica? Wielcy mężczyźni i kobiety, którzy je napisali, są naszymi wspólnymi bohaterami. Ich osiągnięcia są podstawą naszej praktycznej wiedzy homeopatycznej i do dziś są dla nas wielką pomocą. Ale czasy się zmieniają. Odkrywamy nowe perspektywy i używamy repertoriów / Materia Medica w inny sposób, przekształcamy starą terminologię w nowoczesne sformułowania, dochodzą nowe doświadczenia kliniczne i nowe próby, uzupełniamy niekompletne części, korygujemy to, co klinicznie okazało się błędne, itd. To wszystko jest ewolucją. Jeśli jednak zaczniemy odnosić się z podejrzliwością do każdego nowego podejścia lub odrzucimy każdą nową ideę z założenia; albo jeśli będziemy rozwijać agresję wobec staromodnych autorytetów i chcieć zniszczyć stare obrazy; krótko mówiąc, jeśli będziemy na siebie patrzeć z góry i napadać na siebie — to z pewnością zły kierunek. Co zyskamy — poza nowymi murami — jeśli będziemy określać się jako „klasyczni”, „prawdziwi”, „procesowo zorientowani” czy jakkolwiek inaczej? Jeśli większość rozsądnych ludzi uznałaby, że lepiej zmienić nazwę Homeopatii na inną, to powinniśmy to zrobić. Ale czy rzeczywiście jest taka konieczność? Powiedzmy, że odziedziczyłbym po przodkach piękną starą willę nazwaną przez jej budowniczego „Zielone Łąki”. Może uznałbym jej starą piecową instalację za niepraktyczną i nieekologiczną. Sam wychowałem się przy piecu i nie marzłem, ale mimo to poczułbym, że nowoczesny system solarny byłby lepszy. Więc zmieniam ogrzewanie. Nie burzę całego domu, chcę przecież zachować jego piękno. Wprowadzam kilka ulepszeń i uzyskuję zadowalający rezultat. Czy jednak z tego powodu zmieniłbym nazwę domu?

Schmukler: Dziękuję, że odniósł się Pan do tego delikatnego tematu. Świadczy to o Panu ciągłość myślenia. Wyraźnie istnieje potrzeba nowych metod, skoro wiele naszych przypadków pozostaje nierozwiązanych. W nowoczesnym społeczeństwie ludzie są narażeni na wiele leków allopatycznych, setki chemikaliów, metale ciężkie i inne zanieczyszczenia. Życie stało się tak pędzące i bezosobowe. Czy uważa Pan, że zbieranie przypadku jest dziś bardziej skomplikowane niż za czasów Hahnemanna? Czy to może być kolejny powód konieczności nowych metod?

Welte: Zwolennicy polichrestów uważają, że najpierw powinniśmy poznać dobrze wielkie środki, zanim zajmiemy się nowymi. Gdyby to było prawdą, polichresty musiałyby być lepsze od „małych środków”, co jednak według mojego doświadczenia i doświadczenia wielu innych doświadczonych homeopatów nie jest prawdą. Nasz zbiór kazuistyczny obejmuje łącznie 3500 przypadków i 900 różnych środków. Dla przykładu, losowo wybrane: Sulfur: 25 przypadków, Bambusa arundinacea: 17, Cadmium phosphoricum: 4, Elaps corallinus: 14 przypadków, itd. Czy Sulfur jest polichrestem, ponieważ przewyższa Bambus o 8 przypadków i Elaps o 9? Już dawniej Boericke był zwolennikiem włączania istotnych informacji klinicznych i nowych środków do Materia Medica. Podkreślał znaczenie polichrestów, lecz nie zacieniał dzięki temu mniej znanych środków. Korzystamy dziś nadal z tego odważnego i zrównoważonego podejścia. Dlaczego inaczej jego Materia Medica miałaby być dziś nadal tak popularna? Wczoraj pokazałem znajomej zdjęcie zniekształconych rąk mężczyzny, który przez ponad 30 lat chorował na ciężką łuszczycę dłoni z zajęciem paznokci i zapytałem, jak by się czuła, gdyby jej własne ręce tak wyglądały. Była poruszona i powiedziała „okropnie”. Ten mężczyzna od pierwszej konsultacji przez dwa miesiące codziennie przyjmował Europium muriaticum LM6, a jego ręce stale się poprawiały i dziś wyglądają prawie normalnie. Również wzrost paznokci się unormował. Gdy opisałem jej tę zmianę, powiedziała: „Jeśli homeopaci zaprzeczają korzyściom takich nowych środków, to pokazuje, że lekceważą leczenie swoich pacjentów”. Nie wiem, czy zbieranie przypadku jest dziś bardziej skomplikowane niż dawniej, ale wątpię. Z mojego doświadczenia wydaje się mi ono teraz łatwiejsze, albo przynajmniej łatwiej zrozumiałe. Kiedyś szukało się głównie dziwacznych objawów i charakterystycznych keynotów; dziś wciąż z nich korzystam, ale najpierw staram się zrozumieć kliniczną i emocjonalną dynamikę osoby, a następnie analizuję ją na podstawie królestw natury, rodzin, serii i stadiów. To odwrócone podejście, podobne do tego, jak Bönninghausen traktował objawy — od ogólnego do szczegółowego — ponieważ wiele dziwnych objawów da się uogólnić. Kent też to podkreślał, choć wielu dziś interpretuje go inaczej. Wciąż chętnie używam keynotów i szczególnych objawów, a także preferencji kolorów i charakteru pisma; czasem wskazują one na lek, czasem są tylko objawami potwierdzającymi. Jednak zrozumienie przypadku w szerszym kontekście stało się dla mnie ważniejsze niż pojedyncze objawy. Objawy powinny w całości tworzyć sens, jak części układanki, które dopiero po właściwym złożeniu tworzą obraz.

Schmukler: Rozumienie przypadku w szerszym kontekście wydaje się podejściem bardziej holistycznym. Jednym z narzędzi, które czasem wykorzystuje Pan do potwierdzenia środka, jest charakter pisma — napisał Pan o tym książkę. Czy może Pan opowiedzieć o powstaniu tej książki i przybliżyć, jak metoda działa?

Welte: Charakter pisma jest rzeczywiście bardzo dobrym objawem potwierdzającym, ponieważ pokazuje „stwardniałe” indywidualne wzorce ruchu osoby. To charakterystyczne ruchy ręki, niemal gesty. To nie jest przypadek, że podpis osoby ma znaczenie prawne. Analiza grafologiczna może zidentyfikować osobę po kilku linijkach pisma, czasem nawet tylko na podstawie podpisu. Charakter pisma jest wiarygodnym wyrazem osobowości. Czy nie tego szukamy jako homeopaci? Zaskakuje mnie, jak niewielu do tej pory z tego korzysta. Napisanie tej książki zajęło niemal dwa lata codziennej pracy, może cztery godziny dziennie, niemal bez przerw. Praca była bardzo intensywna, ponieważ wszystkie nasze dobre przypadki musiały zostać sprawdzone. Musiałem ocenić wiarygodność prawie 2000 zapisów przypadków. Tylko wiarygodne przypadki zostały użyte jako próbki pisma, aby zapewnić, że jak najmniej błędów zostanie opublikowanych. Z ogólnej liczby 2200 dostępnych rękopisów, włącznie z przypadkami H. V. Müllera, powstało 750 wiarygodnych przypadków, które są pokazane w książce. Opisano 315 środków, a dla każdego środka zwykle umieszczono dwie podobne próbki pisma w oryginalnym rozmiarze. Z ponad 100 krótkimi opisami przypadków podano praktyczne wprowadzenie do użycia metody. Książka jest przede wszystkim podręcznym źródłem dla praktykujących homeopatów, z którym mogą porównywać pisma swoich pacjentów. Jak rozpoznać podobieństwo pisma? Nie analizujemy pisma jak grafolog, lecz patrzymy na jego ogólny obraz i rytm, podobnie jak przy oglądaniu twarzy. Jeśli próbkę pacjenta trzymasz obok pism z książki, to podczas czytania powinieneś mieć wrażenie, że możesz bez przerwy poprowadzić dowolny wiersz pisma książkowego wprost w wiersz pisma pacjenta. Ta metoda jest pokazana na okładce książki — raz para pism Aqua marina i para Arsenicum album. Podążamy zwykłym homeopatycznym podejściem: anamneza, analiza, repertoryzacja, wybór szczególnie obiecujących środków. Potem oglądamy próbki pisma pacjentów, którzy zostali wyleczeni tymi wybranymi środkami. Jeśli znajdziemy podobne pismo, to pismo to działa jako objaw potwierdzający ten konkretny środek. Czasami podobieństwo pism pacjentów wyleczonych tym samym środkiem jest tak wyraźne, że łatwo je rozpoznać; czasami to podejście jest mniej proste. Trzeba czasu, by się z tym zaznajomić. Zwykle łatwo przychodzi to ludziom o zdolnościach artystycznych, muzycznych lub ogólnie formotwórczych.

Schmukler: Zawsze uważałem charakter pisma za coś dość niezmiennego. Czy może on zmieniać się w zależności od dominującego chroncznego poziomu?

Welte: Charakter pisma nie zmienia się łatwo. Po dobrym środku podstawowa struktura zwykle pozostaje ta sama, choć może pojawić się lepszy porządek i bardziej naturalny przepływ, być może też większa kreatywność. Dotyczy to szczególnie leczenia chorób psychicznych. Są osoby, które potrafią pisać na różne sposoby, co jednak nie zdarza się często. W mojej książce pokazałem ten wyjątek na podstawie dwóch przypadków Lac Leoninum. Miałem raz przypadek, w którym Kali-p było bardzo dobrym środkiem przez ponad 5 lat i pismo było typowe dla Kali-p, a potem pacjentka całkowicie zmieniła pismo, jakby nagle stała się inną osobą; jej nowe pismo bardzo przypominało pismo Sepia i rzeczywiście była wtedy w fazie odrzucenia męża i Sepia bardzo jej pomagało. Ale takie przypadki są bardzo rzadkie. W większości przypadków, nawet po głębokich uzdrowieniach, pismo pozostaje w swojej podstawowej strukturze.

Schmukler: Włączył Pan preferencję kolorów, charakter pisma, układ okresowy, królestwa, tematy, stadia i inne rzeczy do swojej pracy. Czy na horyzoncie homeopatii pojawiają się nowe rozwinięcia, które uważa Pan za interesujące? Jak Pana zdaniem będzie wyglądać homeopatia za dwadzieścia lat?

Welte: Dla mnie każdy nowy wkład jest interesujący, jeśli jest klinicznie potwierdzony. Praca Filipa Degrootes wydaje mi się na przykład bardzo innowacyjna, choć osobiście go nie poznałem. Pracuje on z rodzajem kinezjologii i wykorzystuje punkty konsekrowania jako objawy potwierdzające. Jego Materia Medica sprawia autentyczne wrażenie, nie jest jedynie kopią kopii. Spotkałem kiedyś pacjenta, któremu po zaledwie ośmiominutowej konsultacji (nie miał terminu, przyjęto go jako przypadek nagły) podał Ruthenium jako znakomite środek konstytucyjny. Byłem bardzo zdumiony, jak w tak krótkim czasie znalazł środek o tak głębokim działaniu; miało to sens, działało bardzo dobrze i wyleczyło długotrwałą neuralgię twarzy. Homeopatia przyszłości? Mam nadzieję, że będziemy dążyć raczej do nowego pojmowania środków niż jedynie do dodawania nowych objawów. Wydawałoby mi się bardziej sensowne najpierw rozważać temat rodzinny jako cechę podstawową, a dopiero potem układać poszczególne objawy. Z pomocą tej ogólnej orientacji możemy znacznie łatwiej poradzić sobie z większą liczbą objawów, nie tracąc orientacji. Na przykład napięcie psychiczne i fizyczne oraz ich poprawa przez ruch nie dotyczą tylko Rhus-tox, lecz całej rodziny Anacardiaceae. Takie podejście ułatwia naukę, także dla początkujących. To jak najpierw spojrzeć na mapę autostrad, zanim przejdzie się do detali małych dróg. Zachowuje się przegląd i lepiej orientuje się też w małych środkach, jeśli zna się ich ogólne tematy rodzinne. Dzięki temu mamy do dyspozycji znacznie więcej środków przy mniejszym wysiłku pamięciowym: lepsza indywidualizacja przy mniejszym nakładzie pracy. Czyż nie jest to właśnie to, czego pragniemy jako homeopaci?

Schmukler: To wszystko zdaje się być zgodne z celami homeopatii. Przedstawił się Pan jako silny orędownik tych metod i czuć Pański entuzjazm. Czy uważa Pan, że intuicyjne zdolności homeopaty i jego umiejętność zarządzania przypadkiem mają równie duże znaczenie?

Welte: Oczywiście. Nic nie zastąpi dużego doświadczenia klinicznego. Dzięki niemu zdobywa się dobre rozumienie naturalnego przebiegu i rozwoju chorób ostrych i przewlekłych, wie się, czego się spodziewać i jakie są charakterystyczne zjawiska w przebiegu choroby. To kliniczne wyczucie odróżnia dobrego lekarza, czy to homeopaty, czy lekarza konwencjonalnego. Dlatego zachęcałbym homeopatów, by nie odrzucali zwykłego szkolenia klinicznego. W ten sposób zdobywa się też wiedzę z pierwszej ręki, ze wszystkimi jej plusami i minusami. Ta kliniczna baza ułatwia dobre zarządzanie przypadkiem i rozwój innych wyższych umiejętności. Również zdolności intuicyjne mogą się lepiej rozwinąć, jeśli opierają się na praktyce medycznej i doświadczeniu. Moim zdaniem szkolenie kliniczne, zrozumienie serii, rodzin i stadiów oraz podstawowa wiedza Materia Medica powinny iść ręka w rękę, by osiągnąć zadowalający rozwój. A jeśli nauczysz się obsługiwać dobry program komputerowy jako repertorium i Materia Medica, to masz dostęp do 200 lat zgromadzonej wiedzy homeopatycznej. Z tą ogólną orientacją, o której mówiłem wcześniej, łatwiej odnaleźć się w tych dużych obszarach. W młodości dokładnie studiowałem teorię i Materia Medica Kenta; mówił, że dopiero po wielu latach praktyki można rozwinąć te wyższe umiejętności. Byłem wtedy trochę rozczarowany, ale dziś widzę, że to także odnosi się do mnie. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym wtedy, a nie dopiero dziś, zetknął się z nowymi metodami. Jestem pewien, że mój rozwój przebiegałby lepiej i szybciej. Spędziłem wiele lat na wkuwaniu obrazów leków i zawsze trudno było mi włożyć ten pozornie niespójny materiał do głowy. Już na początku lat osiemdziesiątych czułem potrzebę bardziej całościowego podejścia, lecz go nie było. Gdy w 1991 roku przeczytałem Sankaran’s „Spirit of Homeopathy”, a w 1993 Scholtens „Homeopathy and Minerals”, było to dla mnie wielką radością; wszystko zaczęło się składać.

Schmukler: Czyli dzięki Sankaranowi i Scholtenowi otrzymał Pan model, który pomógł zrozumieć większe powiązania i przyspieszył Pana rozwój. Myślę, że czytelnicy tego wywiadu przyjmą te idee z zadowoleniem, gdyż nawet najlepsi homeopaci mają w karierze wiele nierozwiązanych przypadków. Chciałbym podziękować za przedstawienie tych fascynujących możliwości. Czasami, gdy borykam się z przypadkiem, życzyłbym sobie jeszcze jednego podejścia. Teraz cieszę się, że wypróbuję Pańskie metody dotyczące preferencji kolorów i charakteru pisma. Wywiad był bardzo przyjemny i było mi miło Pana poznać. Dziękuję.

Welte: Mnie też wywiad sprawił wiele radości; dał mi też możliwość uporządkowania myśli, zapisując je. Niektóre otwarte pytania zostały wyjaśnione, a pojawiły się nowe. Rozwój nigdy się nie zatrzymuje: „only a rolling stone gathers no moss”. Na przykład obecnie pracuję nad systematyzacją środków zwierzęcych. Również aktynidy z serii uranowej to pierwiastki o niewystarczających wskazaniach i próbach oraz małym doświadczeniu klinicznym. Wiele symptomów odczuć i nastrojów, takich jak preferencja kolorów, to w dużej mierze nadal empiryczne dane kliniczne, które nie zostały w pełni zintegrowane z systemami układu okresowego i rodzin botanicznych i zoologicznych. Tylko niektóre z nich stały się dotąd dość wyraźne. Na przykład środki od węży preferują turkus, środki pochodzące od pająków kolor pomarańczowy i oliwkowozielony, większość psiankowatych ciemnoniebieski itd. Preferencja kolorów jest wciąż w stadium, w jakim była homeopatia przed Scholtenem i Sankaranem; brakuje głębszego zrozumienia. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie nam!

von Narayana Verlag