„Anna” miała dwanaście lat, kiedy po raz pierwszy przyszła do gabinetu razem z matką, ale już większość życia była leczona homeopatycznie. Jej matka nawet studiowała homeopatię, by pomóc znaleźć coś dla córki, ponieważ sytuacja eskalowała coraz bardziej. Słyszałem przez lata od homeopaty, który leczył ją wcześniej, o tym „diabolicznym dziecku”, więc byłem ostrzeżony i ukryłem wszystko, co w moim gabinecie było kruche lub cenne.
Anna siedziała obok matki, wyraźnie niezadowolona, że znów została zaprowadzona do kolejnego terapeuty. „To nie moja wina, to wina moich rodziców. Moja matka jest okropna, podaje nam tylko więzienne jedzenie.” Z tego, jak mówiła o rodzicach, można by pomyśleć, że dziewczynka była bita, głodzona i dręczona na wszelkie możliwe sposoby. Tymczasem jej matka była jedną z najżyczliwszych i najbardziej cierpliwych kobiet, jakie spotkałem, i robiła wszystko, co mogła, by znaleźć pomoc zarówno dla córki, jak i dla rodziny, która bardzo cierpiała z powodu zachowania dziewczynki.
Wszystko musiało iść według głowy Anny, według jej harmonogramu i według jej sposobu, bez względu na innych. Jeśli na przykład wpadło jej coś do głowy, „musiała to mieć”, inaczej — niezależnie od miejsca — reagowała gwałtownym napadem złości; obrażała, przeklinała, atakowała innych i niszczyła wszystko wokoło. Była znana z tego, że demolowała wszystko, co napotkała — telewizor, komputer czy naczynia. W swoich napadach złości zrywała obrus ze stołu i obiad rodziny lądował na podłodze, podczas gdy inne dzieci krzyczały i płakały. Jej matka pisała: „Za każdym razem, gdy wychodzę do innego pokoju, ona rujnuje moją pracę. Nie słyszy, a jednocześnie obwinia mnie, że jej nie pomagam. To z nią sytuacja bez wyjścia. Napisała na moim biurku permanentnym markerem okropne rzeczy, zużyła wszystkie moje notatki, listy i całą moją taśmę klejącą oraz wszystkie zszywki, pobrudziła znaczki tuszem itd.”
Była tak uparcie, że rodzice często po prostu się poddawali i spełniali nawet jej najdroższe i najbardziej ekstrawaganckie życzenia. Od lat mówiła, że byłaby szczęśliwa, gdyby tylko miała konia, i w końcu rodzice kupili jej jednego. Anna poświęcała całe swoje życie koniowi, któremu wolała dziewczęta w jej wieku: „One są wszystkie głupie!” Co prawda nawiązywała znajomości, ale potem zawsze się z nimi kłóciła. Była słaba w nauce i w końcu musiała być uczona w domu, ale przez większość czasu po prostu wylegiwała się leniwie lub leżała w łóżku mówiąc, że jest „za zmęczona”, by odrobić zadania domowe.
Na swojego konia miała jednak zawsze czas i energię; często spędzała cały dzień z nim, zaniedbując wszystko inne. Upierała się, że tylko najlepszego trzeba dla jej konia — najlepszej paszy, najlepszego stajni, najlepszego siodła, inaczej reagowała kolejnymi napadami złości. Raz, gdy wracała z matką do domu po zakupie paszy, dostała ataku złości na autostradzie, piszczała i szarpała matkę za włosy. „Nie kupiłaś właściwej paszy! To nie jest wystarczająco dobre! Głodzisz mojego konia!” Matka próbowała wyjaśnić, że „właściwa pasza” była chwilowo wyprzedana, ale ta, którą kupiły, była całkowicie w porządku. To jeszcze bardziej rozzłościło Annę, która szarpała matkę za włosy aż ta z bólu niemal straciła przytomność i prawie utraciła kontrolę nad samochodem.
Anna była też niezwykle wybredna jeśli chodzi o własne jedzenie. Nie jadła kuchni indyjskiej, chociaż rodzina pochodziła z Indii, a jej matka była doskonałą kucharką. Żądała określonych potraw, np. dziesięciu hamburgerów Big Mac, zjadła jeden kęs i wyrzucała resztę. „Wydaje mi się, że ona po prostu ciągle próbuje nas dręczyć — nic, co robimy, nigdy nie jest dobre, i zawsze jesteśmy obwiniani za jej zły humor.”
W międzyczasie przybrała na wadze i zdiagnozowano u niej zaburzenie funkcji tarczycy. Jej skóra była tłusta i pryszczata, a stolec miał zgniły zapach. Higiena osobista była katastrofalna — odmawiała brania prysznica i mycia się, i nikt nie odważał się dotykać jedzenia, którego się dotknęła. Ciągle się drapała, także po nosie i pośladkach, co obrzydzało jej rodzeństwo.
Relacje z ojcem były szczególnie napięte — wszystko, o co tata ją prosił, przeradzało się w eskalujące kłótnie między nimi. Mówiła o tym: „Jeśli robię to, co on mówi, ustępuję i wtedy przegrywam walkę.” Jeśli położył coś, co miało związek z jej koniem, nie na właściwe miejsce, rozpoczynało się piekło, jakby ją osobiście maltretował.
Historia rodzinna jest bardzo pouczająca. Matka Anny opisała zwłaszcza sytuację swoich teściów. Urodzili się w Indiach, ale przeprowadzili się na Fidżi[1], mając nadzieję na poprawę warunków materialnych. Po przybyciu musieli jednak stwierdzić, że trafili z deszczu pod rynnę. Traktowano ich jak niewolników — musieli błagać o źle płatną pracę i żyli w nędzy. Mężczyzna był maltretowany przez szefa, a w zamian bił w domu żonę. Ona sama była bita przez własnego ojca, gdy mieszkali jeszcze w Indiach. Mężczyzna bił też ich syna, ojca Anny, który w konsekwencji żywił głęboką urazę do własnego ojca.
Ojcu Anny udało się wyrwać z tej sytuacji. Poślubił kochającą i troskliwą kobietę, również pochodzenia indyjskiego, i założył rodzinę. Pracował ciężko i odniósł sukces, ale cierpiał z powodu nagromadzonej złości.
Matka Anny często porównywała córkę do swojej teściowej: „Obie są tak uparte. Nic, co ktoś robi, nigdy nie jest dobre. Mają te same napady wściekłości i zrzucają winę na innych.”
W związku z ekstremalnym przywiązaniem Anny do konia zacząłem od dawki Lac equinum C 200. Jej zachowanie przypominało konia, który na skutek nadużyć oszalał, kopał na oślep i wpadał w całkowite szały. Po podaniu środka uspokoiła się natychmiast, lepiej dogadywała się z rodzeństwem i regularnie odrabiała zadania domowe.
Jej matka zauważyła, że powróciło poczucie humoru i zabawność — śmiała się zamiast narzekać — i prosiła matkę, żeby się z nią przytuliła. Jej „obsesja” na punkcie konia zmniejszyła się: nie musiała już poświęcać mu całego czasu i nie reagowała już tak silnie na sprawy związane z jego opieką. Pewne rzeczy jednak pozostały bez zmian: nadal była wybredna w jedzeniu i odmawiała mycia się. Ponadto dalej miała konflikty z ojcem.
Zwyczaj żądania rzeczy, a potem ich odrzucania, doprowadził do następnego środka, być może tego, którego potrzebowała od początku: Cina, podana w rosnącej potencjacji. Po pierwszej dawce wydaliło się dużo owsików i przestała drapać się po nosie. Stopniowo jej zachowanie zaczęło się coraz bardziej stabilizować i mogła znów chodzić do szkoły zamiast zostawać w domu.
To jednak wywołało nowe problemy, ponieważ czuła się szykanowana i niezrozumiana. Była coraz bardziej podatna na rozsądne argumenty dotyczące konieczności odrabiania prac domowych, choć wykonywała je niechętnie i bała się popełniać błędy. Powtarzane podania w czasie doprowadziły do uspokojenia sytuacji w domu i w szkole, ku wielkiej uldze wszystkich zainteresowanych.
Niemniej jednak wciąż odmawiała mycia się i nadal kłóciła się z ojcem. Ostatecznym środkiem było wtedy Ammonium carbonicum. Według Jana Scholtena ten środek pasuje do „wściekłości na ojca” połączonej ze znaną „nieczystością”.
W ciągu dwóch lat Anna zmieniła się z „dziecka-demona” w miłą młodą kobietę, która ma własnych przyjaciół i dobrze dogaduje się z rodzeństwem. Jej wyniki dotyczące tarczycy się unormowały.
W tym przypadku dynamika rodzinna była najważniejszym aspektem sprawy. Zastanawiamy się, dlaczego dziewczynka z tak kochającymi rodzicami przejawia takie zachowanie, dopóki nie przypomnimy sobie sytuacji jej babci, z którą często ją porównywano. Bijana jako dziecko, a później jako dorosła upokorzona i zmuszona do życia w ubóstwie pomimo ciężkiej pracy, nagromadziła olbrzymią złość.
Najwyraźniej ta złość przeszła na jej syna, który przekształcił ją w ciężką pracę i wspiął się po szczeblach sukcesu. Złość znalazła jednak także wyraz w Annie, która zachowywała się, jakby sama była bita i dręczona. Można by powiedzieć, że Anna nosiła w sobie cały ból rodziny i zmuszała rodzinę do zmierzenia się z nim oraz do uzdrowienia historii przemocy w rodzinie, zamiast wypierać ją ciężką pracą.
Co ciekawe, dziadek ze strony ojca zachorował na dolegliwości sercowe przypominające Aurum, gdy Anna zaczęła ponownie integrować się z rodziną. Ojciec Anny wahał się go odwiedzać, ponieważ miał problemy z nierozwiązanymi relacjami ze swoim ojcem. Zasugerowałem, żeby podać ojcu Anny Aurum carbonicum, ponieważ jego żona obawiała się, że pójdzie w ślady swojego ojca i skończy z dolegliwościami sercowymi. Wziął środek i w domu zrobiło się coraz bardziej harmonijnie. Nie otrzymuję już panicznych e‑maili; e‑maile informują mnie tylko, jak dobrze teraz wszystko działa (proszę zauważyć, że po pierwszej osobistej konsultacji prawie całe leczenie odbywało się przez e‑mail, ponieważ mieszkaliśmy po drugiej stronie globu).
Cina należy wraz z Arnica, Bellis perennis, Calendula i innymi środkami pourazowymi do rodziny Compositae (Asteraceae). Często osoby potrzebujące środka z rodziny Compositae są twarde i niezależne, opierają się i nie poddają.
Pacjenci potrzebujący Cina reagują gniewem, a nawet przemocą na wszystko, co postrzegają jako naruszenie ich granic. Jan Scholten lokuje Cina podobnie jak Mercurius na stadium 13 Compositae, w stadium walki, jakby każdy był jej wrogiem.
O Cina pisze on w swojej nowej książce „Wonderful plants” (Wunderbare Pflanzen):
Nie mogą znieść bycia zakłóconymi lub zajętymi. Łatwo się czują zranieni, na przykład przez lekarzy, którzy decydują za nich, lub przez rodziców czy nauczycieli, którzy chcą nad nimi panować. Wygląda to jak groźba, jakby zostali zranieni i zagrożeni śmiercią. To cios w ich integralność i autonomię. Bardzo ich to wścieka. Mogą bardzo gwałtownie okazywać swój gniew, ale często niechętnie i zgorzkniale wycofują się w siebie. Mogą myśleć o świecie w bardzo kąśliwy i sarkastyczny sposób.
Artykuł został opublikowany na www.interhomeopathy.org.
Zdjęcia
Girl is angry ©shutterstock.com - Firma V
backlit woman in formal dress riding horse on beach ©shutterstock.com - John Wollwerth
Kategoria: Przypadki
Słowa kluczowe: napady złości, zachowanie opozycyjne, agresja, dręczenie, owsiki, dynamika rodzinna
Środki: Ammonium carbonicum, Lac equinum
[1] Wyspiarski kraj na południowym Pacyfiku