R.S.: Jak rozumiesz całościowe podejście jako wykładowczyni w Szkole Paracelsusa w Stuttgarcie?
U.Sch.: Moim celem jako kierowniczki studiów jest oferowanie otwartego programu, z którego każdy z moich uczniów może wybrać to, co do niego pasuje i co jest jego drogą. Nie ma tu uogólnień. Uważam za swoje główne zadanie wspieranie w doradztwie, aby każdy znalazł swoją całkowicie indywidualną drogę. Dla jednego może to oznaczać, że chce pracować manualnie, ponieważ ma „duszę w palcach”. Inni z kolei w ogóle nie pracują z ciałem, lecz raczej w obszarze duchowym. Wszystko może istnieć. Staram się poprzez liczne propozycje seminariów pobudzać horyzont uczestników, którzy przychodzą czasem z utartymi wyobrażeniami, do rozszerzenia perspektywy. Albo odwrotnie: uczestnicy bardzo otwarci znajdują tutaj swoją drogę, co także może być ograniczeniem tego, co sobie wyobrażali. Całościowe podejście tu, jako kierowniczki szkoły, oznacza oferowanie bardzo szerokiego spektrum, poprzez które znajdą swoją drogę.
R.S.: Czy jest to dobrze przyjmowane?
U.Sch.: Mówię tak, ponieważ otrzymuję na to rezonans na wszystkich poziomach. Otrzymuję też dużo wsparcia w szkole w tym, co robię. Bardzo praktycznie: moi uczniowie przychodzą i mówią: „Pani Schiel, brakuje nam jeszcze jednego elementu” albo „Brakuje nam czegoś. Potrzebujemy więcej wiedzy z mikrobiologii”. Nie mija cztery tygodnie, a pojawia się takie szkolenie. Program seminariów jest w ciągłym ruchu, a ja mam wymaganie najwyższej jakości. Pod tym względem nie robię ustępstw.
R.S.: Chodzi o wykładowców i tematy?
U.Sch.: Tak
R.S.: A sam nauczanie, które u Heilpraktikerów jest podzielone na wiele przedmiotów, co prowadzi do stwierdzenia, że jedno nie ma nic wspólnego z drugim. Czy poprzez swoje wewnętrzne nastawienie przygotowujesz kandydatów na praktyków medycyny naturalnej do lepszego łączenia tej wiedzy?
U.Sch.: Mam taką nadzieję, bo to jest mój zamiar. Wspomagają mnie w tym dwie rzeczy. Jedna to to, że u nas nauczanie prowadzone jest w systemie rotacyjnym. Każdy wchodzi w dany temat w innym momencie i po dwóch latach ponownie rozpoczyna swoją naukę. Może to mieć pewne wady, ale ogromną zaletą jest to, że każdy temat, także medycyny konwencjonalnej, jest raz po raz analizowany z różnych stron. Wszystko to zazębia się jak tryby zębate. Przykład: cukrzyca. Temat pojawia się, gdy omawiamy trzustkę, układ dokrewny, choroby metaboliczne, schorzenia degeneracyjne i choroby autoimmunologiczne, tak że uczniowie uczą się widzieć system nie w oderwaniu, lecz powiązania. Oczywiście im więcej czasu uczniowie spędzają tutaj w szkole, tzn. im więcej kursów wybierają, tym częściej wykładowcy mają też w zajęciach regularnych możliwość włączania aspektów naturopatycznych.
Jest jeszcze druga kwestia: mam wyłącznie wykładowców, którzy od wielu lat pracują we własnych praktykach. Mam też dwie lekarki, które są specjalistkami w swoich dziedzinach i które także w obszarze medycyny konwencjonalnej umieją osadzić szczegółową wiedzę w szerszym kontekście. Niemniej egzamin jest czysto medyczny. Nigdy w życiu nie żałowałam, że zostałam dobrze wykształcona w medycynie konwencjonalnej.
R.S.: Też to mogę potwierdzić. Przejdźmy do następnego punktu.
Uważam za wspaniałe, że doszłyśmy do przekonania: kiedy trzeba nauczyć się tak wielu przedmiotów, dobrze jest widzieć systemy narządów jako całość i uczyć się, jakie konflikty za nimi stoją i jakie są możliwości, by leczyć choroby przewlekłe w sposób całościowy. To była moja idea 12 tomów, szeregu o organach. Ty opracowałaś własny pomysł dla swojej szkoły.
U.Sch.: Dla mnie choroby i tematy, które przyniesie przyszłość, nie znajdą odpowiedzi w myśleniu „stosuję jedną metodę terapeutyczną” albo „specjalizuję się w aspekcie fizycznym” czy „specjalizuję się wyłącznie w psychice”. Społeczeństwo pokazuje, że Heilpraktiker jako zawód bardzo się upowszechnił. Mamy silne związki zawodowe, tak duże i mocne, że UE nie może przeciw temu działać. Ostatnio dostałam wiadomość z Francji, że chcą wprowadzić zawód Heilpraktiker. I codziennie jestem wdzięczna, że mamy tutaj takie możliwości. Społeczeństwo potrzebuje odpowiedzi i ta odpowiedź może pochodzić od praktyków medycyny naturalnej – na nowe pytania, na nowe choroby. Dlatego praktycy muszą też podejmować się chorób, które można po prostu leczyć. Nie dopuszczam przesądów, że coś rzekomo nie może być leczone. Z takim nastawieniem potrzebne mi jest inne narzędzie dydaktyczne, które dodaje odwagi. |
| Poza tym mam pomysł, żeby wydawnictwo Narayana razem z Tobą zorganizowało tutaj jednodniowe stoisko informacyjne, tak aby moim uczniom ułatwić dostęp do tych książek. Regularnie, kiedy omawiamy temat trawienia, wkładam do zajęć książkę o organach. Albo przy temacie wątroby daję odpowiednią książkę, tak by alternatywy były zawsze obecne. Robią to już także moi wykładowcy. |

Tom 2: Wątroba i pęcherzyk żółciowy |
R.S.: Czy otrzymujesz od ogólnego kierownictwa szkół Paracelsusa wsparcie dla swoich pomysłów?
U.Sch.: Oczywiście wszystko musi być uzgadniane. Szczególne w szkołach Paracelsusa jest to, że każda szkoła ma swoje własne cechy profilu. Nie można więc uogólniać szkół. Mamy bardzo płaską hierarchię. Nie ma długich, hierarchicznych dróg. Jak organizuję pracę tutaj w szkole, zależy ode mnie, od mojego zaangażowania. I za to zawsze dziękuję panu Martinowi za jego wsparcie. Jeżeli szkoła jest przyjmowana, jeżeli uczniowie są zadowoleni, widać sukces i to jest właściwa droga.
R.S.: Czy masz jakieś wizje, właśnie mówiłaś o teraźniejszości i spojrzeniu w przyszłość. Jakie są Twoje wizje na przyszłość? Co chciałabyś jeszcze zrealizować?
U.Sch.: Moja nitka przewodnia polega na tym, że chcę bardziej rozwijać kształcenie terapeutów. Szkolenie kandydatów odbywa się już na bardzo wysokim poziomie. Mam jednak także jedną trzecią mojej oferty programowej specjalnie skierowaną do gotowych terapeutów. Oferuję na przykład superwizje psychoterapeutyczne. Uważam, że jest tu jeszcze dużo zapotrzebowania. Jako Heilpraktiker mamy obowiązek dokształcania się. Z własnego doświadczenia wiem, że dokształcamy się według potrzeb w pewnym kierunku, przez co tracimy przegląd tego, co jeszcze istnieje. Chcę zasilć gotowych terapeutów dodatkowymi seminariami, to znaczy oferować specjalne kursy przy zachowaniu wysokiej jakości. W praktyce widać, że potrzebujemy bardziej wszechstronnych szkoleń i dlatego mam zawsze otwarte uszy, otwartą skrzynkę mailową na potrzeby, które wynikają z pracy praktycznej. To mój cel: oferować nowe seminaria, gdy pojawi się zapotrzebowanie.
R.S.: Patrząc wstecz na swój czas jako dyrektorka szkoły – czy ta praca spełniła Twoje marzenie?
U.Sch.: To prawda, że ani przez sekundę nie zwątpiłam, że podołam tej pracy. To była tylko kwestia organizacji mojego pozostałego życia, czy to jest właściwy moment. Ponieważ jednak mam dobry dostęp do tego, co nazywamy siłami wyższymi, było dla mnie jasne: nie idę tu przypadkiem, lecz zostałam tu posadzona. Tutaj odbywa się symbioza wszystkich moich doświadczeń i umiejętności, więc jest mi łatwo. Na pewno dalej prowadzę własną praktykę.
Praca tutaj sprawia mi dużo radości. Cieszę się na nią każdego dnia. To naprawdę praca 365 dni w roku od 9 do 20 każdego dnia. Mimo to mam wiele wolności. To kwestia organizacji – i mam wspaniałą sekretarkę. To jest coś bezcennego! Dzięki temu mogę skupić się na zajęciach, programie seminariów oraz doradztwie i opiece nad moimi uczniami. To zadania wymagające dużo kreatywności.
R.S.: Co sprawiło, że byłaś tak pewna, iż to jest właściwe miejsce?

Zdjęcie rzeźby z
Tom 10: Układ kończyn |
U.Sch.: Opowiem Ci o pewnym zdarzeniu. Około sześciu tygodni temu przyszła tu kobieta, bez umawiania się, z ulicy bezpośrednio do mnie i powiedziała: „Wie Pani co, ja mijam ten budynek od pięciu, sześciu lat. Dziś po raz pierwszy miałam uczucie, że ten dom wydaje się… i musiałam wejść i zobaczyć.”
Albo drugie zdarzenie: miałam rozmowę telefoniczną z osobą zainteresowaną, która powiedziała: „Wie Pani, znam szkołę Paracelsusa od lat. Zawsze jednak szybko ją omijałam. Tym razem miałam wrażenie, że coś się zmieniło.”
To dla mnie były znaki, że jestem na właściwym miejscu, że wszystko pasuje. Tak, Wielki Duch zawsze pomaga. |
R.S.: To naprawdę prawda.
Jakie masz dalsze plany i wizje? Co jest dla Ciebie ważne do przekazania?
U.Sch.: Chcę bardziej przyczynić się do tego, aby obraz Heilpraktikera w społeczeństwie stał się bardziej uchwytny. Mówię moim ludziom: nie ogłaszajcie się jedynie jako „Heilpraktiker”, lecz dopiszcie, jaka jest wasza specjalizacja? Co możecie zaoferować ludziom? Pracuję nad tym, aby Heilpraktiker wyszedł z nieuchwytnego, dla wielu wzbudzającego lęk kąta i był bardziej postrzegany przez społeczeństwo. Też zdanie: „Nie stać mnie na Heilpraktikera” jest częstym argumentem, który dobrze znam. Gdy pomyślę, ile kosztuje oddanie samochodu do warsztatu czy kupno nowych butów, wszystko to się relatywizuje.
Jasne, może się wydawać, że leczymy elitę. Ale to nie jest zadanie praktyków. Chcę, aby byli odpowiedni dla każdego, kto ich pilnie potrzebuje, także dla osób o trudnej sytuacji finansowej. Mam na przykład ogłoszenia o miejscach socjalnych u praktyków w zakresie psychologii. To współpraca z krajem związkowym (Badenia-Wirtembergia). Ludzie mogą się tam zarejestrować, muszą przedłożyć informacje o swojej sytuacji finansowej i mogą skorzystać z wolnego wyboru Heilpraktikera w obrębie swojego celu – mogą korzystać z tzw. miejsc socjalnych. Każdy praktkier psychoterapii sam decyduje, czy się zgłasza i udostępnia miejsca. To jedna z możliwości.
R.S.: Czy Twoje myślenie, czucie i działanie są ukształtowane przez Twój duchowy filar?
U.Sch.: Tylko tak mogę wykonywać swoją pracę, tylko tak. Gdybym straciła swój wewnętrzny grunt, zachorowałabym na tym stanowisku. Potrzebuję także równowagi: mojej wsi, męża, konia, dziecka, domu, ogrodu.
Weźmy na przykład kurs, na który nikt się nie zgłasza – nie martwię się wtedy. Mówię sobie: albo tak ma być, albo w ostatniej chwili zgłosi się wystarczająco dużo ludzi. Już przeżyłam najdziwniejsze rzeczy i nie muszę się martwić. Mogę to robić tylko dzięki wewnętrznemu poczuciu bezpieczeństwa, że jestem tu prowadzona.
R.S.: To wspaniale! Czy jest jeszcze coś, co jest dla Ciebie ważne?
U.Sch.: Bardzo się cieszę, jeśli jeszcze raz zaprowadzisz tu swoją szkołę.
R.S.: Na pewno!
U.Sch.: Chciałabym także oferować więcej w obszarze duchowym, w sposób gruntowny.
Kiedy przejęłam szkołę, oferta mentalna była całkiem dobra. W krótkim czasie mogłam wiele zmienić. Ale myślę, że bez duchowego ukierunkowania to nie zadziała. Obszar emocjonalny i psychiczny jest bardzo dobrze pokryty, sfera fizyczna także. Ale sfera duchowa musi być jeszcze wspierana. |

Lotus |
R.S.: Czy masz już jakieś pomysły w tym zakresie?
U.Sch.: Chciałabym wprowadzić do szkoły szkolenie medialne i szkolenie dla uzdrowicieli. Zobaczymy, jak to wszystko będzie funkcjonować. Jeśli ma tak być, uda się to. Potrzebuję poważnego, przyziemnego szkolenia. To dla mnie bardzo ważne. Coraz więcej ludzi zauważa, że to część ich życia, ale mają ogromny strach, by z tym wyjść na zewnątrz i jeszcze większy strach, by nie zostać zaszufladkowanym w miejscu, gdzie nie chcą stać. Myślę, że mogę wiele zrobić, aby ten obszar zyskał większą wagę i akceptację.
R.S.: To dobrze rozumiem, bo mamy coraz więcej profesjonalnych terapeutów w szkoleniu. Jeśli nie nazwiemy tego „medialnością” czy „duchowym leczeniem” – chodzi o rozszerzoną percepcję. Widzę tu olbrzymie zapotrzebowanie. Terapeuci mogą wykorzystać swoje intuicyjne zdolności bezpośrednio i nauczyć się ufać intuicji tak samo jak zmysłom fizycznym. Uważam, że to ma przyszłość. Jestem pewna, że znajdziemy drogę współpracy.
U.Sch.: Także w tym obszarze dla mnie liczy się tylko najwyższa jakość. Nie robię rzeczy po wierzchu, robię je na dużą skalę.
R.S.: Myślę, że Twoje wypowiedzi zainspirują też innych kierowniczych ludzi, którzy wprowadzą aspekt duchowy do swojej pracy. Twoje nastawienie zainspiruje wielu.
|