Przejdź do głównej zawartości Przejdź do wyszukiwania Przejdź do głównej nawigacji
Skontaktuj się z nami za pośrednictwem naszej infolinii zamówień: +49 (0) 7626 974 9700 / Napisz do nas: +49 (0) 160 652 2038 (pon.-pt. 8:00-20:00, sob. 8:00-12:00)

Kurs przetrwania na gospodarstwie: leczenie infekcji homeopatycznie

Aktualności

image001(10).jpg

Nie jestem pewna, czy powikłania po zabiegu chirurgicznym wynikały z letniego upału, czy z samej operacji. Wiem tylko, że mój mały byk – Arnica Montana, w skrócie Monti – był bliski rozwinięcia poważnej infekcji.

Wcześniej próbowaliśmy sprzedać Montiego jako buhaja rozpłodowego do sąsiedniego gospodarstwa, ale nikt nie wykazał zainteresowania jego ‚zaletami‘. W końcu musieliśmy poddać się w kwestii sprzedaży i postanowiliśmy go wykastrować, aby później móc go ubojnić.

Zazwyczaj kastracje przebiegają bez żadnych komplikacji i niewielu weterynarzy zaleca po nich profilaktykę antybiotykową.

Po zabiegu – który został przeprowadzony u nas na farmie – leczyłam Montiego homeopatycznie środkami z mojej domowej apteczki (uczestniczyłam w kursie u Joette). Ale tydzień po usunięciu jąder sytuacja Montiego nie wyglądała dobrze.

Zaczął kuleć. Dotknięte miejsce było bardzo opuchnięte i twarde. Oto zdjęcia zrobione w tym czasie:

Uwaga: tym, którzy uważają te zdjęcia za okropne, chcę powiedzieć: „Witamy na farmie”.

image003(5).jpg

Nie miałam pojęcia, jak powinien wyglądać moszna byka po kastracji, ale wydawało mi się dobrym pomysłem mierzyć codziennie rano temperaturę (u bydła zawsze odbytniczo, ludzie!). Wkrótce miał 40°C gorączki. Normalna poranna temperatura u bydła wynosi 38,5°C.

Zaczęłam leczyć go homeopatycznie według jednego z protokołów Banerji, tak jak nauczyłam się u Joette. Podawałam Hypericum C200 w połączeniu z Arsenicum C200. Kilka globulek rozpuściłam w 50 ml butelce z wodą i spryskiwałam Montiego tym roztworem po nosie i brzuchu.

Mimo homeopatycznego leczenia Montiemu robiło się coraz gorzej i nadszedł czas, by poprosić o radę weterynarza.

Za wszelką cenę chciałam uniknąć jazdy do weterynarza.

Pewnie się zastanawiacie, dlaczego?

Jesteśmy rolnikami hobbystycznymi i – oto moje wyznanie – nie mamy przyczepy. ALE jesteśmy dumnymi właścicielami Toyoty kombi.

Niesamowite, ile da się zmieścić do Toyoty kombi!

Mój mąż i ja musieliśmy trochę ciągnąć i szarpać, aż Monti w końcu sam dobrowolnie wszedł po zrobionej przez nas rampie (stare drzwi posłużyły za nią) i mogłam zawieźć go do weterynarza.

Gdy dotarliśmy do weterynarza, nasz mały pojazd wyglądał dość mizernie obok wszystkich dużych pickupów. Za każdym razem, gdy Monti się poruszał, wszystko w nim piszczało i skrzypiało. Kiedy nasz weterynarz specjalizujący się w bydle, który nigdy nie wychodzi z domu bez kowbojskiego kapelusza, zobaczył Montiego, ledwo powstrzymał śmiech.

image005.jpg

Wyjaśnił mi, że rana najprawdopodobniej została „zasklepiona” z powodu wielkiego upału i dlatego płyn z rany nie mógł prawidłowo odpłynąć. Najwyraźniej po takim zabiegu bardzo ważne jest, aby płyny nie zastały się. Jeśli mogą się wydostawać, nie rozwija się zakażenie.

Podawał Montiemu środki przeciwbólowe i otworzył ranę, by ją zdezynfekować. Odesłał nas z zaleceniem płukania rany dwa razy dziennie (hydroterapia za pomocą węża). To miało wspomóc proces gojenia i poprawić ukrwienie tkanek. Ponadto chciał podać antybiotyk.

image007.jpg

Pojechaliśmy do domu z nadzieją, że teraz wszystko będzie w porządku. Nic z tego.

Próbowałam jeszcze innych środków homeopatycznych, na przykład Pyrogenium, ale po dwóch dniach rana wciąż była zainfekowana. Miejsce wydawało się coraz bardziej spuchnięte. Sprawdziłam ponownie i musiałam stwierdzić, że rana znowu była zasklepiona!

Mmh.

Nie chciałam znów stać się pośmiewiskiem weterynarza i postanowiłam samodzielnie otworzyć ranę – z pomocą mojego 9-letniego syna i dawki Gelsemium na drżenie.

Najpierw musieliśmy bezpiecznie przywiązać Montiego trzema linami. Do czasu, gdy w końcu byliśmy gotowi, Monti wyglądał dość żałośnie. Stał jak przybity, wyciągnął jedną tylną nogę do tyłu i wyglądał jak nieco niezdarna balerina.

Założyłam rękawice i stanęłam do wyzwania.

Aby to trochę odroczyć, kilkakrotnie przemywałam ranę, aby tkanka zmiękła. Po godzinie wiedziałam, że nadszedł czas i zdjęłam strup.

Monti płakał. Ja płakałam. Potem biedny Monti zaczął jęczeć. W tle płakał mój syn, a moje ręce drżały…

Nie mogłam powstrzymać myśli: „Dlaczego to robisz? Siedzisz tu w potwornym upale i ciągniesz byka za mosznę?!”

Po wydawało się dziesięciu godzinach – w rzeczywistości minęło około 20 minut – strup w końcu odpadł całkiem. Wyglądało to jak po rzeźni. Wszędzie krew i nasienie.

Tym razem pilnowałam bardzo dokładnie, by rana pozostała wilgotna. Kupiłam u sprzedawcy pasz różowy środek dezynfekujący i dwukrotnie dziennie nim przemywałam ranę. Monti za każdym razem prawie umierał ze strachu.

Kilka dni później rana wciąż nie wyglądała lepiej.

Było nawet gorzej. Monti i ja byliśmy na wykończeniu. W międzyczasie Monti już nie jadł, ale nadal był ssany przez krowę-matkę. Bałam się, że może zdarzyć się coś jeszcze gorszego.

W końcu musiałam się poddać i zaopatrzyłam się w penicylinę. Byłam zdruzgotana. Ledwo mogłam uwierzyć, że jestem gotowa podać antybiotyk na mojej farmie. Jeśli się wie, co antybiotyki robią u przeżuwaczy, to może być przygnębiające. Nic dziwnego, że krowy mleczne w wielkich zakładach przemysłowych żyją tylko około trzech lat. Zwierzęta w hodowlach hobbystycznych dożywają za to 15 lat lub więcej. Nie chcę, żeby Monti umarł!

W ostatniej chwili mój cudowny mąż zachęcił mnie, by spróbować jeszcze raz homeopatii. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że powinnam była od początku spróbować z naszym starym dobrym Hepar sulph C200. To jeden z cudownych środków na infekcje, które poznaliśmy u Joette. Joette pisała już dużo o tym leku.

Więc tego popołudnia podałam Montiemu trzy dawki Hepar sulph w odstępach kilku godzin.

Następnego ranka nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Obrzęk zmniejszył się o 50%, a po kolejnych 24 godzinach był jeszcze wyraźnie mniejszy. Moje samopoczucie zmieniło się błyskawicznie: z rozpaczy do prawdziwej gwiazdy rocka!

W tę niedzielę w drodze do kościoła musiałam się ciągle chwalić. Unosiłam się wręcz nad moimi cudownymi umiejętnościami leczniczymi.

Po nabożeństwie odwiedziłam Montiego bezpośrednio na pastwisku, wciąż w sukience niedzielnej i słomkowym kapeluszu, po prostu żeby jeszcze raz się pochwalić. To, co wtedy zobaczyłam, odebrało mi mowę (a to zdarza się bardzo rzadko).

Monti właśnie coś rodził.

Wszyscy wiemy, że byki nie rodzą…

Co to miało teraz znaczyć?

image009.jpg

W poniedziałkowy poranek o 5 wsiadłam razem z miłym sąsiadem Montiego z powrotem do naszego kombi. Tym razem miałam przy sobie wszystkie dzieci. Żałuję, że nie mogliście zobaczyć twarzy ludzi, których spotkaliśmy:

„Cześć, macie tu wyjątkowo zabawnego psa w bagażniku!”

 image011.jpg

Co ciekawe, Monti nie miał już gorączki. Weterynarz powiedział nam: „Ten guz tkankowy jest zapalny, tam siedzi infekcja. Jednak sama moszna i rana wewnątrz nie są zapalone. To tak, jakby organizm próbował odrzucić infekcję. Jak interesujące!”

Tak, BARDZO interesujące.

Guz był dobrze ukrwiony i weterynarz założył na niego specjalną gumkę.

W ciągu trzech dni ten dziwny guz odpadł, a tydzień później wszystko było, cóż, niewiarygodnie w porządku…

Jedyną pamiątką po tym wysiłku jest nieotwarta butelka penicyliny w lodówce. Tym razem radość z mojego sukcesu była nieco skromniejsza. Ale uczucie ulgi i radości z dokonania czegoś było ogromne.

TO WŁAŚNIE jest to, co kocham w homeopatii. Dzięki Joette i jej dobrym radom miałam wybór i mogłam działać samodzielnie. Jeśli i Wy lubicie „chwytać byka za rogi”, to homeopatia jest dla Was odpowiednia. Z odrobiną odwagi i zapału można naprawdę wiele osiągnąć.

Paola

Joette Calabrese