Przejdź do głównej zawartości Przejdź do wyszukiwania Przejdź do głównej nawigacji
Skontaktuj się z nami za pośrednictwem naszej infolinii zamówień: +49 (0) 7626 974 9700 / Napisz do nas: +49 (0) 160 652 2038 (pon.-pt. 8:00-20:00, sob. 8:00-12:00)

Zniszczenie na wszystkich poziomach – uzdrawiająca moc raka

Aktualności
 
heilkraft_1.jpg
Towarzyszenie pacjentom w ich chorobie nowotworowej należy do najtrudniejszych, ale także do najciekawszych i najbardziej satysfakcjonujących zadań w mojej praktyce. To wyzwanie, ponieważ stawia mnie i moich pacjentów wobec wszystkich tematów i tabu, których większość ludzi stara się unikać przez całe życie - śmierć, okaleczenie, utrata, izolacja społeczna. Jest to jednak także zadanie dające satysfakcję, ponieważ skłania nas oboje do przyjęcia naszych cieni i zaprasza nas w podróż do naszego całkowicie osobistego nieświadomego.
Wracamy do życia bardziej żywi i pełniejsi i rozwijamy świadomość naszego miejsca na świecie. Poniższy opis przypadku to historia takiej podróży, w której jako terapeuta mogłem uczestniczyć.
L. to 34-letnia kobieta z rakiem szyjki macicy, której szyjka macicy została przez chorobę niemal całkowicie zniszczona. Odczuwa kłujące, rwące, ciągnące bóle w okolicy macicy. Od młodości cierpi także na wyjątkowo bolesne miesiączki, które z powodu silnego bólu trzymają ją przy łóżku przez 10–15 dni w miesiącu, oraz na opryszczkę narządów płciowych. W wieku 16 lat usunięto jej elektrokoagulacją brodawki pochwy. Ma skłonność do „porywczych bólów głowy” i suchą, łuszczącą się, swędzącą skórę. Była wielokrotnie szczepiona, co za każdym razem źle na nią wpływało.
Jest bardzo szczupła i nerwowa, drży i chodzi tam i z powrotem jak uwięzione zwierzę. Jej historia jest katastrofalna: w domu musiała chronić matkę i siostry przed ojcem, alkoholikiem, który często tracił nad sobą panowanie i stawał się agresywny fizycznie i seksualnie. Przyjęła rolę obrończyni wszystkich, nawet tych, którzy ją gwałcili i bili, jak jej chłopak, który także był pijakiem.
 
Jej chłopak później został zamordowany. Publicznie oskarżono ją o morderstwo i czuła się traktowana przez policję i prasę „jak zwierzę i rozszarpana na kawałki”. Tymczasem żyła w strachu, ponieważ wiedziała, że prawdziwy morderca wciąż jest na wolności.
 

Jej ośmioletniego syna zabrano i umieszczono w pieczy zastępczej. Śniła o gwałcie, o nożach i przemocy oraz o byciu Żydówką w obozie koncentracyjnym. „Zawsze wyobrażam sobie, że dzieje się to, co najgorsze.” Zniszczenie na wszystkich poziomach, zarówno wśród jej przodków, jak i w jej obecnej sytuacji, oraz liczne zgony w jej otoczeniu doprowadziły do pierwszego przepisu Syphilinum 10M.
W ciągu dwóch tygodni była w stanie być sama bez załamania. Nie miała już poczucia „bycia poza sobą”, uczucia typowego dla sytuacji, w których wskazane jest głębokie lekarstwo, takie jak Syphilinum. „Zwykle rozpaczliwie staram się być miła, żeby ludzie mnie nie krzywdzili, przynajmniej nie od razu.”

 
Zauważyłem, że pacjenci onkologiczni to zwykle „mili”, wrażliwi ludzie, którzy tłumią swój gniew i indywidualność. Często uzdrowienie i uwolnienie od przeszłości stają się możliwe dopiero wtedy, gdy ich najgłębsze uczucia stopniowo wypływają na powierzchnię i mogą dać wyraz swojej złości i bólowi. (Zanim to nastąpi, wszelkie rozmowy o „wybaczeniu” mogą być jedynie kolejnym tłumieniem tych uczuć).
 
L. pozostała na Syphilinum przez 3 miesiące, podawanym w rosnących potencjach LM od LM1 do LM3. W tym momencie zgłaszała: „Teraz wiem, że istnieje przyszłość, wcześniej jedyne, co potrafiłam sobie wyobrazić, to straszna, męcząca śmierć.”
 

W trakcie leczenia była także podatna na choroby przeziębieniowe i regularnie rozwijała objawy przypominające grypę. Nux vomica D6 i Sulfur D6 podawano naprzemiennie. Ataki grypy przeżywała jako „oczyszczenie” z alkoholu i dużej ilości fast foodów, które spożywała, by stłumić swoje uczucia; leki uruchomiły proces detoksykacji.

 

Stopniowo zaczęła przeżywać swój żal na naprawdę intensywny sposób: wybuchała płaczem, szlochała histerycznie i traciła całkowitą kontrolę. W tym momencie przepisałem Ignatia 10M. Pomogło dramatycznie, ale efekt trwał tylko kilka godzin. Przepisałem je ponownie rozpuszczone w wodzie, wstrząsane i przyjmowane według potrzeby (początkowo 5 razy dziennie, potem stopniowe zmniejszanie do pojedynczej dawki tygodniowo).
Po dwóch miesiącach leczenia Ignatia 10M była na tyle silna, że potrafiła prosić o pomoc. Zaczęła budować sieć wsparcia, nawiązała ponownie kontakt z dobrymi przyjaciółmi, których zaniedbała, i rozstała się z innymi, którzy byli dla niej „trujący”. Angażowała się bardziej w swoje leczenie homeopatyczne. Stała się bardziej asertywna i odważyła się powiedzieć mi, czego potrzebuje i kiedy potrzebuje mojej pomocy.

 

Komórka rakowa utraciła swoją „własną odpowiedzialność”, swoje prawdziwe przeznaczenie w ciele. Podobnie większość pacjentów onkologicznych straciła poczucie siebie; ich życie pozostaje nieprzeżyte, gubią się w opiece nad innymi lub pozwalają, by przeciwności w ich życiu ich przytłoczyły. Kiedy stają się bardziej asertywni, potrafią dostrzec i przyjąć własne potrzeby, czynią zdecydowany krok naprzód na drodze do uzdrowienia.
Po sześciu miesiącach leczenia dolegliwości menstruacyjne Lyn poprawiły się, ale nadal się martwiła. Rosnące potencje Folliculinum LM1–LM4 uregulowały ten problem – „po raz pierwszy w życiu”, jak powiedziała. W tym czasie zaczęła poważnie próbować nadać swojemu życiu nowy kierunek; wyznaczyła sobie cele i wyraziła pragnienie, by „odnaleźć siebie”.

 
L. została przebadana przez swojego ginekologa 9 miesięcy po leczeniu. Ku jego zdziwieniu jej szyjka macicy była całkowicie w porządku, bez żadnych oznak złośliwości.
 

heilkraft_2.jpg

Przez następne 3 lata kilka razy jeszcze przychodziła do mnie. Zapisała się na studia, rozpoczęła nowy związek (swój pierwszy „zdrowy” związek), znalazła satysfakcjonującą pracę i „zregenerowała się”. W tym czasie przyjmowała Tabernanthe Iboga LM1 do LM6, otrzymała też jednorazowo dawkę Syphilinum 50M, gdy zaczynała tracić orientację po tym, jak pojawiły się wspomnienia ciężkiego przemocy w rodzinie. 
W międzyczasie przez ponad 6 miesięcy przyjmowała rosnące potencje Carcinosinum (C200, 1M, 10M), gdy poczucie winy i wyrzuty wobec swojego wewnętrznego dziecka opóźniały jej powrót do zdrowia. (Zauważyłem, że Carcinosinum w jednej ze swoich licznych postaci jest prawie zawsze potrzebne w pewnym momencie leczenia raka). W tym czasie L. była wolna od dolegliwości fizycznych, znalazła wewnętrzny spokój i dużo mówiła o „śmierci i odrodzeniu”, „odnowieniu”, „prawdziwym sensie życia” oraz „połączeniu z rodziną i przodkami” (wszystko to główne objawy nowego leku, który wtedy badam).
Jako homeopata od dawna zauważam, że w polu energetycznym mojej praktyki i mojego życia często przyciągam pacjentów, którzy poszerzają moje pomysły i uczą mnie wychodzić poza siebie. Uczę się zwracać uwagę na własne myśli, przekonania, słowa i energię, i zrozumiałem przez lata, że wszystko to wpływa na moich pacjentów tak samo jak leki, które przepisuję.
Droga życiowa L., która nie ma nic wspólnego z moim życiem i wymagała ode mnie
 
ufności i zaufania, szokowała mnie swoją brutalnością. Homeopatyczne podejście w jej przypadku oznaczało sięganie moimi zaleceniami w nowe obszary i pokazało mi, że muszę być gotów przepisać każde lekarstwo w dowolnym momencie - w dowolnej kolejności i w każdej potencjencji. Zainspirowała mnie swą odwagą, kreatywnością i gotowością do przezwyciężenia swojej przerażającej historii życia i uzdrowienia go, przypominając mi słowa Ben Guriona: „Kto nie wierzy w cuda, nie jest realistą.”
 
*************************************************************************************************
 

Kategoria: Przypadki
Słowa kluczowe: rak szyjki macicy, przemoc, fizyczne i seksualne nadużycia, obóz koncentracyjny, miła, dolegliwości miesiączkowe
Leki: Carcinosinum, Folliculinum, Ignatia, Nux vomica, Staphisagria, Sulfur, Syphilinum, Tabernanthe Iboga

 

Declan Hammond