Przejdź do głównej zawartości Przejdź do wyszukiwania Przejdź do głównej nawigacji
Skontaktuj się z nami za pośrednictwem naszej infolinii zamówień: +49 (0) 7626 974 9700 / Napisz do nas: +49 (0) 160 652 2038 (pon.-pt. 8:00-20:00, sob. 8:00-12:00)

Utwardzanie i różnorodność metod

Aktualności

Uzdrowienie i różnorodność metod

 
Autor:  Harald Knauss



©Havlena/PIXELIO

Gdy ponad 25 lat temu, obok studiów muzycznych, zaczynałem praktykę z zakresu klasycznej homeopatii, to jedna z kluczowych myśli Samuela Hahnemanna zaprowadziła mnie na tę drogę. Hahnemann twierdzi, że choroba wyrasta z wewnętrznego zaburzenia człowieka, że takie zaburzenie jest wręcz zasadniczą przyczyną choroby. Jako muzyk od razu to zrozumiałem. Gdy muzyk nie jest w równowadze ze swymi uczuciami, musi włożyć znacznie więcej wysiłku, aby właściwie nastroić swój instrument, niż gdy znajduje się w stanie wewnętrznej równowagi. Tak zainspirowany, rozpocząłem naukę u klasycznej homeopatki, aby dowiedzieć się, jak można osiągnąć lub utrzymać tę zgodność, tę harmonię. To był pasjonujący czas doświadczeń, które bardzo wzbogaciły moje życie. Muzyka stała się moim zawodem, ale homeopatia zawsze była obecna.

 

W ostatnich latach wspomniana powyżej myśl Hahnemanna powróciła w moim życiu ze zdwojoną siłą, choć w zupełnie inny sposób. Ponownie zetknąłem się ze „sceną” homeopatii i ucieszyłem się, jak wiele nowych, twórczych barw pojawiło się w tej dziedzinie. Jednak radość ta wkrótce ustąpiła pewnemu przygnębieniu, gdy zauważyłem, jak przedstawiciele i zwolennicy różnych nurtów wzajemnie się oczerniają. Panują zażarte walki na rowach, prowadzone wszelkimi dostępnymi środkami. Rozsiewane są oszczerstwa lub powtarzane bez sprawdzenia. Świat pogłosek istnieje więc także w homeopatii. Wydaje się, że wszystkim nurtom czasem towarzyszy tylko jeden wróg: medycyna konwencjonalna. Poza tym jednak panują pozorne zatargi. A przecież każdy powinien naturalnie rozumieć, że nie ma na świecie tylko jednej prawdy i nie może jej być — choć pewne kręgi od dwóch tysięcy lat usiłują nam wpoić inaczej. Ten, kto broni tak jednostronnego widzenia, żyje w świecie iluzji.


©SarahC./PIXELIO

Prawie nic tak nie sprowadza nas na ziemię, jak choroba — czy to własna, czy też zajmowanie się kimś chorym. Czytając opisy powrotów do zdrowia wielu ludzi, jasno widać, że nie ma i nie może być jednej królewskiej drogi, lecz że każdy człowiek musi znaleźć własną drogę uzdrowienia. Terapeuci i uzdrowiciele są możliwymi towarzyszami na takiej drodze. Tak przynajmniej formułował to jeden z wielkich myślicieli holistycznego leczenia: Paracelsus. Zawsze to „wewnętrzny lekarz” ma powodować uzdrowienie, nie lekarz zewnętrzny. Zewnętrzny lekarz pojawia się tylko wtedy, gdy wewnętrzny lekarz jest słaby i leży pokonany. Trzeba mu wtedy pomóc, by mógł znowu zabrać się do pracy, to znaczy do leczenia.

 

Sposobów uzdrawiania jest wiele. Niektóre z nich mogą naszym rozumom wydawać się wręcz absurdalne. Przyjaciel opowiadał mi o naturopacie, którego przez dłuższy czas odwiedzał w Azji. Ten skakał i tańczył wokół pacjentów z bambusową laską, niczym tyczkarka. Jego sukcesy lecznicze były, według relacji przyjaciela, oszałamiające. Kto śmie twierdzić, że to nie jest dobra droga uzdrawiania! Drogi uzdrowienia są tak barwne jak narody, kultury i ludzie. Musimy jednak zawsze uwzględniać dwie rzeczy: człowieka „uzdrowiciela” i jego sposób — środki i techniki. W holistycznych ścieżkach leczenia uzdrowiciel jest centralną instancją, bo wiele od jego emanacji zależy. Kto wierzy, że jedynie właściwy środek leczy — nawet jeśli jest to homeopatyczny środek — znajduje się w doskonałej zgodności z allopatią. A samo słowo „właściwy” przypomina nam o nieszczęściach, jakie przyniosła ludzkości walka o „właściwą wiarę”. Hahnemann mówił o drganiach i nastrojeniu, i jestem pewien, że miał na myśli także terapeutę czy uzdrowiciela.

 


©DagmaramgaD./PIXELIO

Jestem głęboko przekonany, że każdemu holistycznemu uzdrowicielowi potrzebna jest jedna siła: pokora. Pokora wobec możliwej przytłaczającej siły cierpienia i pokora wobec wielkości, rozległości i cudownego działania mocy uzdrawiającej. Każdy uzdrowiciel i terapeuta, który sam kiedyś chorował, wie, jak bardzo choroba uczy uziemienia i pokory. Poznałem uzdrowicieli i terapeutów, którzy całe życie zaciekle głosili sprzeciw wobec medycyny konwencjonalnej, a gdy sami zachorowali na raka, natychmiast poddali się leczeniu konwencjonalnemu.

Taki krok jest całkowicie w porządku, kiedy ktoś w sytuacji zagrożenia podejmuje inne decyzje niż gdy był zdrowy, lub dziś decyduje inaczej niż przed dziesięciu laty. Ale cóż to za wysiłek energii wcześniej — ile negatywnych emocji, aby walczyć przeciw czemuś — i jaki to wtedy cios dla poczucia własnej wartości, gdy trzeba prosić o pomoc „wroga”. Znam też przypadek odwrotny: lekarza specjalizującego się w leczeniu raka metodami konwencjonalnymi. Na pytanie, co by zrobił, gdyby sam zachorował na tę chorobę, odpowiedział, że jego pierwszym krokiem byłby prawdopodobnie dobry kontakt z uzdrowicielem duchowym.

 
Świat jest pełen sprzeczności i to one tworzą życie. Życie to droga i oznacza wieczną przemianę. Sens rodzi się z poruszania się, nie ze stania w miejscu — tak mówił chiński mędrzec Lao Tse. Tylko to, co wiecznie się zmienia, pozostaje żywe. Nie musimy osobiście dobrze dogadywać się ze wszystkim ani pochwalać wszystkiego. Punkty widzenia są ważne w życiu. Ale prawdziwy punkt widzenia nie musi się utwardzać przez niszczenie lub odrzucanie wszystkiego innego. Prawdziwy punkt widzenia nie przejawia się złym zachowaniem. Wyłania się z wewnętrznej dojrzałości duchowej. Jest tym, co naprawdę jest w środku. To promieniuje i dzięki temu może pozwolić istnieć obok siebie wszystkiemu innemu. Kto wewnętrznie się szanuje, pozwala też innym na przysługującą im godność. Wielu homeopatów powiedziałoby tu zapewne, że ktoś ma zdrowy punkt widzenia, gdy znajduje się w swojej wewnętrznej mocy. Bezsilność musi walczyć, bo chodzi w niej o własne przetrwanie. Prawdziwy punkt widzenia cechuje się właśnie tym, że jest stabilny, a jednocześnie potrafi iść z życiem, pozostaje zdolny do przemiany. W tej kwestii warto polecić cudowną książkę „Hara” Karlfrieda Gräfa Dürckheima.
 

Trzeba o rzeczach dyskutować. Możemy się o coś spierać, aby możliwe było wzajemne zapładnianie i rozwój. Ale przekształcanie osobistego poglądu czy poznania w krystaliczny, fanatyczny system wiary i wartości, który miałby uleczyć świat, jest wszystkim, tylko nie uzdrawiające i holistyczne. Wolę każdego tradycyjnego lekarza konwencjonalnego, który jest przeciwny wszelkiej medycynie naturalnej, bo on po prostu nie potrafi myśleć inaczej. Jednak większość terapeutów pracujących metodami naturalnymi, w tym wielu homeopatów, definiuje siebie i swoją pracę przez duchowe, holistyczne podejścia. I dziwi wówczas, jak ordynarny ton czasem panuje między nimi. Chciałbym im przywołać słowa Hermanna Hessego: „Przyjaciele, nie te tony…”. I znów wracamy do zgodności. Gdy panują takie dysharmonie, według Hahnemanna pojawia się choroba. Czy zatem homeopatia jest chora?


Indie/Ganges
Być może dobrze jest postawić to pytanie. Może lepiej, zamiast dyskusji o teoriach i podejściach, spojrzeć na całość i przejść od myślenia i chcenia do przeżywania. Jak sami się doświadczamy i jak doświadczają nas inni? Czy zachowujemy się tak, jak to głosimy na swoich sztandarach? Czy my sami, osobiście, jako grupa, jako związek jesteśmy tak zgodni, holistyczni i duchowi, jak nam się wydaje? Czy potrafimy postępować ze sobą holistycznie, czy zachowujemy się tak jak w wielu zwykłych stowarzyszeniach czy klubach? To naprawdę wielkie pytania, którym na drodze życia trzeba się od czasu do czasu zmierzyć. Nie jest łatwo mierzyć się z własnymi postanowieniami, zwłaszcza gdy definiowane są bardzo wysokimi kryteriami, jak np. etyczne, duchowe, kosmiczne, holistyczne.
 

Jedna słuchaczka zapytała kiedyś znanego angielskiego uzdrowiciela duchowego Toma Johansona, jak zacząć, gdy chce się zostać uzdrowicielem duchowym. Odpowiedział: „Najpierw ulecz własnego ducha, zanim będziesz chciał leczyć innych”. Zdumienie słuchaczki łatwo sobie wyobrazić. Innemu słuchaczowi odpowiedział na pytanie, czego potrzeba, by zostać uzdrowicielem: współczucia pełnego oddania („compassion”). Jeszcze ktoś inny zapytał, co jest najpierw potrzebne do uzdrawiania duchowego? Tom Johanson odpowiedział: „Pacjent!”. Ten ostatni zdanie powinno nas jako uzdrowicieli i terapeutów obudzić. Nasz zawód, który miejmy nadzieję jest także naszym powołaniem, żyje z tego, że inni cierpią, że źle im się powodzi. Wyobraźcie sobie, że byłoby lekarstwo-cud i wszystkie istoty byłyby zupełnie zdrowe! Co wtedy z naszym powołaniem? O co mielibyśmy walczyć i się starać? Czy tradycja medycyny chińskiej nie była przypadkiem mądrzejsza, żądając, by lekarz otrzymywał zapłatę tylko wtedy, gdy jego pacjenci są zdrowi, a nie dostawał żadnego honorarium, gdy pozostają chorzy. Celem była profilaktyka, a nie „naprawa”. Oczywiście pod warunkiem, że każdy człowiek dokłada swoją część do utrzymania zdrowia i jest świadomy swojej odpowiedzialności. To byłaby prawdziwa zmiana paradygmatu w niemieckiej polityce zdrowotnej. Nie chcę nużyć czytelnika takimi dygresjami, ale pragnę nam wszystkim — i sobie samemu — przybliżyć, co naprawdę ważne w uzdrowicielskim byciu i gdzie wkładamy swoje siły. Czy zużywamy energię na jakieś abstrakcyjne idee, doktryny i teorie aż do ostatniej kropli krwi? Czy wydajemy siły na ciągłe dystansowanie się od „innych”, być może obcych? Czy marnujemy naszą zgodność, kłócąc się z innymi, być może zazdroszcząc im sukcesu i karmiąc cienie? A jeśli tak postępujemy, czy możemy być przekonani, że moc uzdrawiania i światło promieniują od nas w świat?

 

Opowiedziałem kiedyś zaprzyjaźnionemu lekarzowi o kimś, kto ciągle krytykował i marudził. Gdy spotkał tę osobę osobiście, powiedział mi potem, że go to wcale nie dziwi. „Spójrz, jaką radość życia roztacza wokół siebie!”, tak brzmiała jego obserwacja. To, co myślimy i czujemy, przejawia się także na zewnątrz. Drganie przenosi się dalej. Jaka to strata czasu i energii, skoro jest tak wiele ważniejszych rzeczy do zrobienia, zwłaszcza na drodze uzdrawiania.

 


Poranne światło

Chciałem spisać swoje odczucia. Być może uda mi się w ten sposób skłonić do zastanowienia, gdzie wkładamy naszą energię. Wyzwania przyszłości nie będą łatwiejsze, a wciąż pojawiają się próby pewnych potężnych finansowo kręgów, by zakazać wszelkiego „naturalnego leczenia”. Dzisiejsze choroby wymagają od terapeuty coraz większego zaangażowania i siły. Czy nie lepiej byłoby skierować energie na to, co istotne? Powinniśmy budować mosty i wspólnie pracować nad wielkim wspólnym dziełem: tolerancyjną medycyną i równoprawną różnorodnością życia. 

 

 

 

von Narayana Verlag